Piąta, jubileuszowa edycja True Tone Festival dobiegła końca. Przez sześć intensywnych dni Ruiny Teatru Victoria w Gliwicach tętniły życiem, stając się domem dla najbardziej bezkompromisowych, nowatorskich brzmień polskiej i zagranicznej sceny improwizowanej.
Dziesięć koncertów, które zobaczyliśmy i usłyszeliśmy, udowodniło, że dla współczesnego pokolenia muzyków jazz jest jedynie punktem wyjścia do przekraczania barier gatunkowych i łączenia rocka, hip-hopu, elektroniki oraz awangardy w zupełnie nową jakość. Święto muzyki, realizowane w ramach programu TAURON Gliwicka Energia Kultury, na stałe wpisało się w kulturalną tożsamość regionu, co potwierdzają organizatorzy i władze miasta.
– True Tone to unikalna marka. Połączenie transowej, żywej energii bez prądu, hipnotyzujących rytuałów i bezkompromisowego, miejskiego uderzenia pokazało, jak pojemnym i żywym organizmem jest współczesna muzyka improwizowana. Ruiny Teatru Victoria po raz kolejny udowodniły, że mają duszę idealnie współgrającą z tą artystyczną alternatywą – podkreśla Łukasz Kwaśniewski, Zastępca Dyrektora Centrum Kultury Victoria w Gliwicach.
Wydarzenie to udowodniło również, że gliwicka publiczność kocha artystyczne wyzwania i nie boi się trudnych, nieszablonowych formatów.
Kronika festiwalowych uniesień
Festiwal dzień po dniu podsumowuje Łukasz Kwaśniewski, Zastępca Dyrektora Centrum Kultury Victoria w Gliwicach:
Dzień 1: Dwa odległe światy improwizacji
Pierwszy dzień piątej edycji festiwalu był połączeniem dwóch odległych od siebie światów, pomimo tego, że oba projekty muzyczne działają przecież w sferze muzyki improwizowanej.
Premierowy koncert dał duet Twoosty Mayonez, którego twórczość do tej pory ocenialiśmy wyłącznie z nagrań. Powstało przez to wyobrażenie, że na żywo rozjedzie nas mroczny i potężny walec – a tak się nie stało. Muzyka duetu ma znacznie więcej wymiarów; znalazło się w niej sporo miejsca na melodię i spokój, oparte na nisko osadzonych basach i zgrabnych rytmach perkusyjnych.
O godzinie 21 z minutami na scenę wjechał z kolei „pociąg z Ameryki”, który w latach 90. przejeżdżał przez Trójmiasto. Czekaliśmy na ten koncert z lekkim niepokojem, choć nazwiska w składzie od początku zapowiadały muzyczną petardę. Poza Tymonem Tymańskim przed publicznością pojawili się Tomek Ziętek, Irek Wojtczak, Jacek Prościński i Szymon Burnos, czyli projekt YASSTET. Kompozycje Monka w wersjach polskich yassowców zyskały niesamowitą świeżość. Publiczność była zachwycona – krzyki, gwizdy i brawa były najlepszą recenzją dla grających muzyków. Iskra krążyła między sceną a widownią, a w całym pięcioletnim dorobku festiwalu nigdy nie było jeszcze takiego jazzu. Tymon znowu gra jazz, warto było czekać!
Dzień 2: Awangardowy trans i taniec wewnątrz ciał
Drugi dzień True Tone Festival pokazał kolejne oblicze nowej, polskiej sceny improwizatorów. Jako pierwszy wystąpił Ben Bekele – projekt perkusisty Huberta Zemlera, który działał przez wiele lat z muzykami z nieistniejącej już wytwórni Lado ABC. Na takie koncerty po prostu nie da się przygotować, dlatego dla wielu osób niezaprzyjaźnionych z muzyczną awangardą i free jazzem była to ciężka próba.
Transowy rytm bębnów był osią całego koncertu, na którym Kamil Piotrowicz stawiał pasaże pianistyczne podobne do tych, do których przyzwyczaili nas amerykańscy minimaliści. Z kolei styl Igora Wiśniewskiego, jednego z najlepszych gitarzystów młodego pokolenia, wyraźnie wyrasta z post-rocka i awangardy. To był właśnie ten walec, którym miał przyjechać Mayonez – Ben Bekele wypożyczył go jednak szybciej i nie dał nam znać, czym po nas przejadzie. Minęło już kilka dni, a my wciąż rozmyślamy o tym występie.
Na zakończenie drugiego dnia zagrało trójmiejskie Klawo. To była sama przyjemność po obu stronach krawędzi sceny – lekkość, zręczność, radość i zabawa. Zaprezentowali rozbudowane struktury, melodię i świetny balans gdzieś pomiędzy funkiem, soulem, fusion i psychodelą lat 70. a hip-hopem. Muzycy są świetnie przygotowani technicznie, łapiąc przy tym cudowny kontakt z widownią. Chciało się tańczyć, ale jakoś po pierwszym, dosyć wymagającym koncercie, tańczyliśmy tylko wewnątrz własnych ciał. Było naprawdę Klawo!
Dzień 3: Mistrzowskie przeniesienie w czasie
Zwieńczeniem pierwszego weekendu był koncert pianisty, geniusza, wirtuoza i mistrza aranżacji – Marcina Maseckiego. Po pięciu latach powrócił do Gliwic z tym samym programem („Boleros”), ale już nie w formule solo piano, a w dziewięcioosobowym składzie. Kunszt instrumentalistów oraz głos Marcina Maseckiego, który śpiewa od niedawna, a brzmi, jakby robił to całe życie, odebrały nam mowę.
Brak słów, aby to opisać – po prostu przenieśliśmy się w czasie i przestrzeni. Album „Boleros y Masecki”, będący jednym z naszych ulubionych krążków minionego roku, okazał się wybitny koncertowo. Jeśli ktoś się nie załapał, niech szybko szuka projektu na trasie w Polsce, bo ten skład ma grać tylko do końca roku, po czym Marcin idzie w coś zupełnie nowego.
Dzień 4: Rockowa potęga bez komputera
Druga odsłona True Tone Festival, która wystartowała w czwartek 28 maja, przyniosła kolejne stylistyczne wolty, potężną dawkę dynamiki i unikalne, jednorazowe projekty przygotowane specjalnie na zamówienie gliwickiego festiwalu.
Projekt Głupi Komputer ++, czyli skład rozbudowany z tria do septetu, brzmi po prostu potężnie. Rockowe i metalowe zespoły mogłyby się od nich uczyć! Michał Fetler to połączenie perfekcjonizmu i szalonej wizji aranżacyjno-kompozytorskiej, która z pewnością wynika ze szkoły, jaką odebrał, grając u boku Marcina Maseckiego. Ogromną ciekawość wśród publiczności wzbudziły instrumenty DIY – balast drum (zaprojektowany przez Tomka Szczepaniaka) oraz crystal baschet (stworzony przez Pawła Romańczuka z Małych Instrumentów). Skład „++” miał za zadanie ujazzowić ten projekt, ale nie jesteśmy pewni, czy efekt nie był wręcz odwrotny. Za to pewni jesteśmy czegoś innego: ten koncert przejdzie do historii nie tylko jako jeden z najlepszych występów True Tone Festival, ale jako jeden z najlepszych koncertów, jakie w ogóle słyszeliśmy w życiu.
Dzień 5: Mistyczny aplauz i szamański trans
Piątek przyniósł na scenę i w powietrze prawdziwie mistyczną atmosferę, a to za sprawą występów Nene Heroine oraz Earth and Bones.
Muzycy z Nene Heroine są już w Polsce prawdziwymi gwiazdami. Pracowali na to od pierwszego albumu „Total Panorama”, a tak naprawdę jeszcze wcześniej, udzielając się w takich projektach jak chociażby Algorhythm. Na swoim czwartym albumie bardzo zbliżają się do natury, żywiołów i symboliki – widać i słychać to zarówno w warstwie dźwiękowej, jak i wizerunkowej. Wciąż czuć, że ta muzyka wyrasta z jazzu oraz post-rocka: dubowe tempa zawieszone są gdzieś pomiędzy mrokiem, melodią a klimatem ścieżki dźwiękowej. Publiczność oszalała. Tak długich braw nie dostał na tym festiwalu nikt inny – muzycy musieli zacząć kolejny utwór, bo nie wiadomo, czy ten gigantyczny aplauz kiedykolwiek by się skończył.
Kiedy na scenie pojawili się Idris Rahman i Liran Donin jako Earth and Bones, część z nas wiedziała, czego można się spodziewać po członkach legendarnej grupy Ill Considered. To był jedyny w pełni improwizowany, wręcz szamański koncert, głęboko czerpiący ze spiritual jazzu i muzyki świata. Afrobeatowe riffy tym razem wygrane zostały na kontrabasie. Styl Idrisa plasuje się gdzieś pomiędzy free a melodią, opierając się na długich, mocnych zadęciach, jakby za pomocą instrumentu chciał wywołać tornado. Rahman od zawsze doskonale wykorzystuje akustykę sali, a w Ruinach Teatru Victoria miał z czego czerpać – od klarnetu, przez flety i saksofon, po misy, szejkery, grzechotki, aż po śpiew.
Przez pół godziny słuchaliśmy intymnego duetu kontrabasu z dęciakami, aż w końcu na scenie pojawił się Marcin Rak – perkusista znany z składów EABS, Błoto czy Zima Stulecia. Muzycy nigdy wcześniej ze sobą nie grali. Jak sam Marcin przyznał po występie, dzięki organizatorom True Tone został brutalnie wyciągnięty ze swojej strefy komfortu, bo w formule stuprocentowej improwizacji zagrał po raz pierwszy w życiu! Do tej pory zawsze miał za sobą jakąś próbę, rozpisany temat, a tym razem rzucono go na głęboką wodę. Czy dało się to odczuć na widowni? Absolutnie nie! Perkusista ani na chwilę nie próbował przejmować kontroli – był niesamowicie czujny i precyzyjnie słuchał swoich londyńskich kompanów. Muzyka wibrowała, przelewała się i pulsowała, jakby miała się unieść wraz z tornadem, które na początku wywołał Rahman. Nie wiem jak Wy, ale my szukamy w muzyce czystego transu i tutaj dostaliśmy go w idealnie dużej porcji.
Dzień 6: Rewelacyjny debiut i yassowe rozluźnienie
Wielki finał należał do rewelacyjnych debiutantów, o których mówi już cała Polska. Krakowska Omasta to kwintet bardzo młodych muzyków, którzy wyrośli z fusion, instrumentalnego hip-hopu spod znaku J Dilla oraz elektroniki Madliba. W tym wszystkim przemycili ogromną dawkę klasycznego jazzu. Muzycy dysponują świetnymi kompozycjami i jeszcze lepszymi aranżacjami – ta muzyka cały czas płynie do przodu, naturalnie nakręcając publiczność na taniec lub rytmiczne bujanie. Usłyszeliśmy też jeden nowy utwór z nadchodzącego, drugiego krążka; był niezwykle kojący, rozmarzony i ciepły. Jesteśmy bardzo ciekawi, w jaką stronę pójdzie teraz ten zespół.
Na sam koniec festiwalu wystąpiły Kury Tymona Tymańskiego. Tradycją od poprzedniej edycji stało się, że żegnamy się z publicznością muzyką bardziej rozrywkową, aby na koniec trochę spuścić z tonu i zrzucić festiwalową powagę. Nam osobiście najbardziej podobały się momenty czystej improwizacji – czy to uciekające w free jazz, czy w wymagający styl King Crimson. Nie powinno to jednak nikogo dziwić, przecież na scenie zobaczyliśmy muzyków, którzy dokładnie z tej sceny się wywodzą: Szymona Burnosa, Alana Kapołkę i samego Tymona, a Olaf Deriglasoff wcale im kroku nie ustępował.
To były wspaniałe cztery dni drugiego weekendu i łącznie sześć dni całego festiwalu. Kolejne takie szaleństwo już za rok!
Podsumowanie
Piąta edycja True Tone Festival udowodniła, że Gliwice są jednym z najważniejszych punktów na mapie nowoczesnej muzyki improwizowanej w Polsce. Organizatorzy – Centrum Kultury Victoria oraz Miasto Gliwice – serdecznie dziękują wszystkim artystom za bezkompromisową energię, a publiczności za niesamowitą otwartość oraz komplet na widowni podczas każdego z wieczorów.
Wydarzenie zostało zrealizowane w ramach projektu TAURON Gliwicka Energia Kultury.

